Akredytacja szpitala? To nie tylko „ładny certyfikat w ramce”. Dla pacjenta to gwarancja, że personel medyczny pracuje według najwyższych standardów, a procedury są sprawdzone, bezpieczne i powtarzalne. W praktyce oznacza to mniej pomyłek, szybszą diagnozę, lepszą opiekę. A tym samym większe poczucie bezpieczeństwa. W cyklu rozmów o akredytacji WMCCP dziś oddajemy głos dr. Jackowi Owczarczykowi, zastępcy dyrektora ds. medycznych, który opowiada, co proces ten zmienił w pracy lekarzy i w czym – mimo wyzwań – jest prawdziwą wartością dla pacjentów.

Co dla Pana jako lekarza było największym wyzwaniem w drodze do akredytacji?
Sama akredytacja w zakresie standardów klinicznych opiera się na dobrej praktyce medycznej. Paradoksalnie niewiele wniosła nowego – raczej uporządkowała to, co już znaliśmy. Nadała temu ramy, normy, cele i wskaźniki. Najtrudniejsze było dla nas jedno: konieczność dokumentowania wszystkiego.
Jak to wyglądało w praktyce przed akredytacją?
Analizy zgonów, przyczyny powtórnych przyjęć, omawianie trudnych przypadków, tzw. kominki wielospecjalistyczne – to nie jest dla lekarzy nic nowego. Kiedyś to były obowiązkowe punkty w pracy oddziału. Tyle że nikt tego nie musiał skrupulatnie zapisywać.
Co się zmieniło w ostatnich latach?
Po urynkowieniu opieki zdrowotnej okazało się, że lekarzy jest po prostu za mało. Jeden lekarz w oddziale opiekował się nie 4–5, a 8–10 pacjentami, a na dyżurach nawet kilkudziesięcioma. W tej gonitwie i pod presją bilansowania placówek, wiele dobrych praktyk zaczęło zanikać – brakowało czasu na wspólne analizy czy spotkania z innymi specjalistami.
I akredytacja to przywróciła?
Tak. Zmusza nas do powrotu do dobrych praktyk klinicznych. To dobrze – i dla nas, i dla pacjentów. Lekarz uczy się na błędach, a omawianie przypadków w większym gronie przyspiesza diagnostykę, usprawnia leczenie i zmniejsza ryzyko pomyłki.
A minusy?
Biurokracja. Jesteśmy mistrzami w tworzeniu i powielaniu dokumentów – czasem niepotrzebnych. Część pracy można przenieść na asystentki medyczne, ale to kosztuje, a wyceny świadczeń są jakie są. Poza tym, nikt poza lekarzem nie zrobi klinicznej analizy zgonu czy powtórnego przyjęcia. A lekarzy jest mało, doba ma tylko 24 godziny.
Co więc zostało na plus?
Standaryzacja pracy, uporządkowanie i powtarzalność procesów. Dzięki temu wszyscy wiemy, czego się spodziewać, co i jak robić. Czujemy się bezpieczniej. No i… ta biurokracja – ale z nią też sobie poradzimy.
Dziękuję za rozmowę.



