Tak jak obiecaliśmy kilka dni temu, wracamy do Państwa z wyjątkową rozmową. Sukces lek. Grzegorza Litepło, który zdał Państwowy Egzamin Specjalizacyjny z oceną celującą, stał się w naszym Centrum pretekstem do ważnej dyskusji.
Droga do tego wyniku prowadziła przez lata pracy, w WMCCP, ale także przez prestiżowe ośrodki międzynarodowe. To właśnie ten celujący wynik potwierdza kompetencje, które lek. Grzegorz Litepło szlifował m.in. w Szanghaju. To największy torakochirurgiczny ośrodek na świecie. A szkolił się w nim pod okiem samego dr. Diego Gonzaleza Rivasa – legendy technik małoinwazyjnych.

Torakochirurgia to dziedzina, w której podręcznikowa wiedza musi błyskawicznie zamienić się w precyzyjny ruch dłoni. Zapraszamy do lektury wywiadu o pokorze, technologii robotycznej i o tym, dlaczego w tym zawodzie nie świętuje się jak na wyścigach F1.
Wynik celujący w torakochirurgii to rzadkość. To kwestia perfekcjonizmu czy pasji, która po prostu nie uznaje kompromisów?
To raczej konsekwencja niż cecha charakteru. W torakochirurgii trudno mówić o kompromisach zarówno w teorii, jak i w praktyce. Każdy detal ma znaczenie, a wiedza przekłada się bezpośrednio na decyzje przy stole operacyjnym. Nie nazwałbym tego perfekcjonizmem, tylko odpowiedzialnością. Pasja oczywiście pomaga, bo bez niej trudno wytrzymać tempo tej specjalizacji, ale ostatecznie to systematyczna praca przez lata daje taki efekt.
Pracuje Pan na „żywym systemie”, gdzie margines błędu właściwie nie istnieje. Co w tej pracy daje większy napęd: uderzenie adrenaliny czy lekcja pokory?
Adrenalina jest obecna, ale nie ona powinna prowadzić chirurga. Jeśli zaczyna dominować, to znaczy, że coś wymyka się spod kontroli. Znacznie ważniejsza jest pokora wobec choroby, wobec organizmu pacjenta i wobec własnych ograniczeń. To ona pozwala podejmować dobre decyzje, również te trudne, jak wycofanie się w odpowiednim momencie. W dłuższej perspektywie to właśnie pokora lekarza buduje bezpieczeństwo pacjenta.
Jak wejść na poziom mistrzowski w teorii, będąc codziennie aktywnym operatorem? Gdzie dla Pana kończy się podręcznik, a zaczyna czysty instynkt chirurga?
Podręcznik nigdy się tak naprawdę nie kończy, on cały czas wraca w różnych momentach pracy. Natomiast na sali operacyjnej wiedza musi być już „przetworzona”. Instynkt, o którym mówimy, to w rzeczywistości suma doświadczeń: setek zabiegów, obserwacji, rozmów z bardziej doświadczonymi chirurgami i analizy własnych decyzji. To nie jest intuicja w sensie przypadku, tylko bardzo szybkie rozpoznawanie wzorców i konsekwencji działań.
Zespół WMCCP uchodzi za wyjątkowo spójny organizm. Ile w tej „piątce” na dyplomie jest Pana indywidualnego wysiłku, a ile kapitału, który dostał Pan od starszych kolegów z oddziału?
Tego nie da się rozdzielić. Indywidualna praca jest konieczna, ale w chirurgii rozwój zawsze odbywa się w zespole. Duża część tego wyniku to doświadczenie i wiedza przekazana przez starszych kolegów. To nie tylko technika operacyjna, ale też sposób myślenia i podejmowania decyzji. Jeżeli trafia się do dobrego zespołu, to jest to ogromny kapitał, którego nie da się zastąpić żadnym podręcznikiem.
Szczególne podziękowania chciałbym skierować do mojego kierownika specjalizacji lek. Rafała Szynkarczuka oraz mojego przełożonego dr n. med. Grzegorza Kuleszy. To oni we mnie uwierzyli i z dużym zaangażowaniem wspierali mnie w trakcie szkolenia.
Robotyzacja zmienia zasady gry. Czy Pana zdaniem w naszym regionie era chirurgii „analogowej” właśnie nieuchronnie ustępuje miejsca technologii?
Technologia na pewno będzie odgrywała coraz większą rolę i to jest naturalny kierunek rozwoju. Natomiast nie powiedziałbym, że chirurgia „analogowa” znika. Raczej staje się fundamentem. Żeby dobrze operować robotycznie, trzeba najpierw bardzo dobrze rozumieć klasyczną chirurgię. W naszym regionie ten proces będzie postępował stopniowo, wraz z dostępnością sprzętu i szkoleniem zespołów. Kluczowe jest, żeby technologia była wsparciem dla chirurga, a nie jego zastępstwem.
Egzamin zdany na maksimum to zamknięcie pewnego etapu. Co jest teraz Pana osobistym „Everestem”, na który chce Pan wejść jako torakochirurg?
Egzamin jest raczej początkiem niż końcem. Najbliższym celem jest dalsze doskonalenie techniki operacyjnej i rozwój w kierunku nowoczesnych metod leczenia, w tym chirurgii małoinwazyjnej i robotycznej. Równolegle planuję rozpocząć doktorat, bo zależy mi na tym, żeby nie tylko leczyć, ale też uczestniczyć w rozwoju naszej dziedziny.
Chirurgia bardzo dynamicznie się zmienia i uważam, że warto mieć w tym swój udział również od strony naukowej. Docelowo chciałbym być operatorem, który nie tylko dobrze wykonuje zabiegi, ale też podejmuje trafne decyzje w trudnych, niejednoznacznych sytuacjach klinicznych. To jest dla mnie prawdziwy „szczyt”.
Rajdowcy na mecie wyścigu otwierają szampana i oblewają wszystkich dookoła. Jak świętuje sukces tej skali lekarz, kiedy w końcu zdejmuje maskę i wie, że wygrał jedną z najtrudniejszych partii w swojej dotychczasowej karierze?
Chyba spokojniej niż rajdowcy (śmiech). To raczej moment zatrzymania się na chwilę i uświadomienia sobie, ile pracy za tym stoi. I ile jeszcze jest przed nami. Oczywiście jest satysfakcja i radość, ale w tym zawodzie bardzo szybko wraca się do codzienności. Następnego dnia znów są pacjenci i odpowiedzialność, która nie pozwala na zbyt długie świętowanie.
Serdecznie dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów.




